Forum RPG


You are not connected. Please login or register

Roscoe

Go down  Wiadomość [Strona 1 z 1]

1 Roscoe on Czw Sty 09, 2014 2:56 pm


       
       
 
        { Roscoe Kidd }
       

 
       
 
 
        --------------------------------------------
 
 
            INFORMACJE

       
Narodowość: USA
 
Wiek: 32 lata
 
Wyuczony fach/profesja: Drwal
 
Wizerunek: Henry Fonda

 
 
 
            STATYSTYKI
 

        Inteligencja: 20
 
        Charyzma: 25
 
        Refleks: 35
 
        Celność: 22
 
        Sprawność fizyczna: 16
 
        Spostrzegawczość: 12
 
        TU WPISZ WYBRANĄ UMIEJĘTNOŚĆ: Rewolwer poziom 3
 
 
       

 
        -----------------------------------
 
 
            WYGLĄD
     
 
WZROST: 180
KOLOR OCZU: Szary
CECHY SZCZEGÓLNE: Blizna przecinająca lewą brew
KALECTWA: Lekko utyka na lewą nogę.
NAJCZĘŚCIEJ UBIERA: Brązowe, skórzane spodnie z frędzlami na nogawkach, szara koszula, ciemnoczerwone poncho, kapelusz.
 

    Roscoe "Spider" Kidd. Wysoki brunet o przeraźliwym, zimnym spojrzeniu. Zawsze porusza się w ten sam sposób, lekko utykając na lewą nogę, ale nie jest to nic szczególnego, zwyczajny uraz po tym jak w młodości złamał kostkę i nie zrosło się do końca tak jak miało. Jego ubiór z dnia na dzień się nie zmienia. I dobrze, przynajmniej wiadomo jak wygląda i dało się go zlokalizować. Miał gęstą brodę, o którą bardzo dbał i nie pozwalał dotykać nawet najbardziej upartym kobietom. Często przygryzał wargę, albo trzymał wykałaczkę w kąciku ust.

 
 
   CHARAKTER I OSOBOWOŚĆ

 
ZAINTERESOWANIA: Konie, broń, a szczególnie rewolwery, kobiety i alkohol.
TALENTY: Świetnie opowiadał historie. Większość zmyślone, ale ludzie kochali go słuchać.
NAJWIĘKSZA ZALETA: Szczerość.
NAJWIĘKSZA WADA: Szczerość.
    

    Uparty, niedostępny, przezabawny i szczery. Tak można było go w skrócie opisac, ale nie do końca był to ten facet. Tak się pokazywał przed ludźmi, których znał, dla obcych był zimnym i obojętnym typem, którego nawet śmierć najbliższej osoby by nie ruszyła. No nie do końca tak było. Roscoe już doznał śmierci takich ludzi i bardzo go to ruszyło, w sumie dla tego był tu a nie gdzie indziej. Potrzebował trochę odpocząć od wiecznie pędzącego świata, a ta mieścina żyła własnym tempem. Tempem, które odpowiadało Kiddowi.

 
 
    HISTORIA

 
DATA URODZENIA: 13 stycznia 1864
RODZINA:
Kate Kidd – Matka, nie żyje od jego drugich urodzin.
Bob Kidd – Przyszywany ojciec. Prawdziwego nigdy nie poznał. Mieszka gdzieś w Alabamie.
Tony & Carl Kidd – Jego dwaj bracia, którzy zginęli z rąk pewnych ludzi pięć lat temu.
NAJWAŻNIEJSZE WYDARZENIE W ŻYCIU:
13 stycznia 1864 – Narodziny
Nauka w fachu drwala u przyszywanego ojca w tartaku.
Złamanie kostki – ślad do dzisiaj.
Śmierć bliźniaków.
Rozpoczęcie pościgu za oprawcami braci.
Poszukiwania i wymierzenie sprawiedliwości.
Osiedlenie się w Old Whiskey.
       

    Wchodzisz do baru i widzisz jak przy jednym ze stołów siedzi tłum osób, zawzięcie słuchają jednego z nich, mężczyzna około trzydziestki, ewidentnie kowboj. Przyjezdny? Ciężko stwierdzić. Podchodzisz bliżej, jeden z młokosów, jeszcze nieopierzony wyrywa się i piskliwym głosem wykrzykuje.- Panie Kidd, proszę jeszcze raz opowiedzieć swoją historię!Mężczyzna wzdycha i kiwa głową do barmana, by ten podał mu butelkę alkoholu. Ta szybko za pomocą jednej z osób dociera do niego, otwiera ją i czuć zapach whiskey. Pociąga z butelki i ociera twarz. Rozlega się lekko zachrypnięty głos obcego.- No dobrze, niech stracę… Jak pamiętacie już urodziłem się na początku roku, około trzynastego stycznia. Tak przynajmniej mówił mój ojciec. Mieszkaliśmy w niewielkim miasteczku w Nowym Meksyku. Nie ważne gdzie dokładnie. Ojciec był drwalem, a matka zajmowała się tym, czym zajmują się kobiety. Pilnowała aby mały Roscoe nie zabił się pod kopytami koni. Żyło się nam dobrze, podobno, mówię podobno, bo co ja mogę pamiętać jak miałem rok, albo dwa. Hm. Właśnie. Dwa lata po moich narodzinach moja matka zachorowała i tydzień po moich urodzinach zawinęła się. Bidulka. Miała niecałe trzydzieści lat.  Bob to bardzo przeżył. Bob był moim przyszywanym ojcem, pobrał się z moją matką jak była w ciąży. Ojciec prawdziwy nie znany. Może to i dobrze, mam mu wiele za złe. Pewnie był to jakiś przypadkowy facet, który zajechał do miasta. Zaraz po tym wyprowadziliśmy się stamtąd z ojcem i zamieszkaliśmy w okolicach Alabamy. Piękna mieścina. Ojciec znalazł robotę w tartaku i jakoś żyliśmy, z czasem wziął mnie do pracy… Nie było tak źle. Ponownie się ożenił, moją macochą stała się Natalie Crowd. Sympatyczna kobieta. Nie powiem nie. Miała dwójkę dzieci, bliźniaki Toma i Carla, zabawne chłopaki dwa lata młodsze ode mnie. Również pomagali w tartaku, polubiliśmy się i było wszystko dobrze, gdy pewnego razu do naszej miejscowości wpadł gang jakichś amatorskich rabusiów, jako że wszyscy mężczyźni wtedy dostali broń do ręki stanęliśmy do boju, mieliśmy szczęście, bo byli to niedzielni kasiarze, szybko padli pod natłokiem kul ze wszystkich stron miasta. W tym jeden z mojego Winchestera, który dostałem na dwudzieste pierwsze urodziny. Cudowna broń, niezawodna i do tego skuteczna. Wszystko wróciło do normy, a ja zostałem zastępcą szeryfa. Jak on się nazywał… Paul, Port… PAT! Nazywał się Pat Garret! Cholerny skurczybyk. Ale wiedział co robi. Wyobrażacie sobie, że zamknął Billy’ego Kida w pace? Niesamowity człowiek. Sam osobiście widziałem jak wrzuca skubańca do celi! Ale cóż, po pewnym czasie mu zwiał, takie życie. Później zabił go, ale tego już nie widziałem. Szybko straciłem robotę gdy zostałem złapany z jedną z dziewczyn jak się bawiłem z nią w celi. Stłumiony śmiech całej publiczności. Nawet Tobie się udało uśmiechnąć. Usiadłeś w tłumie. Kolejne lata mijały jedno za drugim, takie uroki pracy w tartaku, nie masz czasu patrzeć na daty. Bob przejął tartak i zarządzał nim, dobrze mu to zrobiło, bo już nie wyrabiał w pracy. Pewnego dnia, gdzieś tak w sierpniu po moich dwudziestych piątych urodzinach do miasta zajechała banda cwaniaków, wydawali się być w miarę niegroźni. Wpadli do kasyna i przegrali nawet własne konie, byli wściekli i zaczęli wymachiwać bronią, byłem tam. Widziałem jak jeden z nich. Lekko siwy brodacz uderza starszą kobietę, która sprzątała. Padła jak długa, a że moi bracia, którzy robili za przysłowiową ochronę rzucili się na niego, powalili go i obili ryj. Zniknął z miasta na kopach niczym stado mustangów. Długo się nie nacieszyli swoją wygraną, pewnego dnia, przyjechał z większą ilością ludzi i… Rozpoczęła się regularna strzelanina, kule świszczały nad uszami z gęstością większą niż ziarno wysypujące się z worka. Najpierw dostał Tom, zdjął wcześniej kilku znajomych, ale nie spodziewał się, że ktoś wszedł na dach. Kula między oczy z jakichś siedemdziesięciu jardów. Chwilę później padł i drugi mój przyszywany brat. Carl, sympatyczny człowiek, był przystojny i wiele kobiet traciło dla niego głowę. Teraz on ją stracił, wraz z połową ciała gdy przytulił się do dynamitu. Biedaczek. Po tej masakrze odjechali bez słowa. Zginęło wtedy trzydzieści osób, a ja. Cóż. Postanowiłem się zemścić. Wsiadłem na konia i ruszyłem w pogoń za nimi ze swoim Winchesterem na plecach i pięknym, srebrnym Rangerem, który leżał przy jednym z facetów. Od tamtego momentu stałem się Roscore „Spider” Kiddem. Ścigałem ich przez dobre kilka godzin, było już ciemno, a oni rozbili oboz przy jednej z jaskiń. Głównym oprawcom był jak się później dowiedziałem Marcus O’Connor, przybył z kolonii brytyjskiej by zacząć się tu rządzić. Nie wiedział na kogo trafił, w mojej głowie dalej był obraz umierających braci i ludzi z miasta. Musiałem im odpłacić. Zakradłem się więc pomiędzy drzewa i słuchałem jak się chwalą kto ilu zabił. Było ich trzech, reszta się gdzieś rozjechała, zdjąłem z pleców Winchestera i wstrzymałem oddech, przez te wszystkie lata bardzo się podszkoliłem w wykorzystywaniu tego dziada. Nacisnąłem spust, a kula w huku popłynęła przecinając powietrze i huknęła w ścianę obok jednego z nich, padli na ziemię i szybko schowali się za zakręt. Nie był to zbyt dobry strzał, przeładowałem i zaraz koło mojej czaszki przeleciał odłamek naboju. Strzelali do mnie, szybko schowałem się za drzewem i przeładowałem, głęboki wdech i wychyliłem się, strzał, a kula świstnęła wbijając się w klatkę piersiową jednego z jego kolegów, tamci zaczęli strzelać z dwóch broni, musiałem spieprzać niczym mały królik. Schowałem się pod zawalonym drzewem i przeczekałem. Słyszałem jak odjeżdżają. Zostawili jęczącego faceta na pastwę wygłodniałych wilków. I dobrze. Ruszyłem do ich obozu, zostawili jakieś bezwartościowe rzeczy, podszedłem do rannego, a ten tylko wyszeptał „Chicago”, po czym odleciał do stwórcy. Tam był kolejny mój krok. Dotarłem tam w ciągu tygodnia. Szybko szło, krótka akcja, znalazłem drugiego z bandy trzech szczającego za saloonem, przyłożyłem mu Rangera do pleców i pociągnąłem za kurek, wiedział że to już jego koniec. Kazałem mu powiedzieć dlaczego to zrobili, oznajmił, że dla sławy… Zła odpowiedź, pytałem gdzie się podział O’Connor, zwiał do Ameryki Południowej. Wiedziałem, że tam go nie znajdę, więc ruszyłem w swoją stronę. Ale nigdy nie zapomniałem o tym. Osiedliłem się w okolicach Alabamy, gorączka złota, te sprawy. Robiłem jako ochrona w jednej z kopalni. Lata mijały, ja stałem i wtedy przyjechał on. Jeszcze paskudniejszy, bardziej bezczelny i zawzięty jak nigdy. Marcus O’Connor, człowiek, który zwiał mi przed tym jak mu wymierzyłem sprawiedliwość. Stanęliśmy naprzeciwko siebie, oko w oko. Zrobiliśmy krok w prawo obserwując cały czas siebie nawzajem. Rzucił parę haseł, że się mnie nie spodziewał i że świetnie się bawił na południu, teraz przyjechał przejąć tą kopalnie wraz ze swoją bandą. Chłopakami się nie musiałem przejmować, bo miałem wystarczająco dużo doświadczonych ludzi, by mogli zająć się innymi. Uśmiechnąłem się wypluwając wykałaczkę na ziemię, słyszałem jak moje serce dudni omal nie wyskakując z piersi, chwyciliśmy niemalże jednocześnie za rewolwery, ale to ja byłem tym szybszym, O’Connor dostał w ramię i padł z hukiem na ziemię, podszedłem powoli do niego pytając dlaczego zaatakował wtedy tą mieścinę… Dla zabawy. Teraz ja się świetnie bawiłem przykładając mu lufę do nosa, pociągnąłem kurek, a bęben się obrócił, rozległ się strzał, a kula przebiła się na wylot przez jego głowę. Więcej go nie widziałem. Od tamtego momentu szukałem spokoju, no i cóż. Tak trafiłem do Old Whiskey…Po tych słowach rozległy się brawa, a sam Roscoe wstał od stołu, chwycił butelkę i ruszył do wyjścia, trafiła Cię chęć zadania mu kilku pytań, ale niestety brak odwagi Cię powstrzymała. Kidd rozejrzał się przed wejściem, po czym skierował się w stronę stajni.


 
--------------------------------------------
       
        

Zobacz profil autora

2 Re: Roscoe on Czw Sty 09, 2014 7:44 pm

AKCEPTACJA


_________________

Zobacz profil autora

Powrót do góry  Wiadomość [Strona 1 z 1]

Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach